wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozalia:Po prostu spokój

Podeszłam do niego ,a on zadał oczywiste pytanie.
-Gdzie jechałaś, nie chcę byc wścipski- odparł
-Powiem ci na osobności- szepnęłam i przyłączyłam się do zabawy.Po skończonych rozrywkach nadszedł czas na obiad, ale przed posiłkiem mieliśmy 10 min. przerwy.
-Okazało się coś potwornego- zaczęlam. Lou i ja usiedliśmy na hamaku
Mi możesz powiedziec- uśmiechnął sie patrząc na mnie
-Amy.. ona- trudno było mi to przecisnąc przez gardło- wylądowała w szpitalu- wydusiłam z trudem.
-Co się stało ?- zapytał z troską
-Rozmawiałam z Dustinem, on mi wszystko wykrzyczał w twarz. Powiedział ,że to moja wina- z moich oczu uroniło się parę łez. Louis złapał moja rękę i powiedział.
-Nie powinnaś siebie obwiniac. Wiem ,że tobie tez nie było łatwo i wierze ,iż to nie stało się przez ciebie. Nie martw się , Amy napewno wyzdrowieje ,a my powinniśmy pójśc do stołówki ,bo kotlety na wystygną-  usłyszawszy to zaśmiałam się ,lecz moje oczy nadal pływały we łzach.
Całe szczęście pogodziłam się z nią- odparłam próbójąc przywrócic się do normalnego stanu, dodałam jeszcze coś- mam nadzieję ,że.....- nastała cisza - kotlety nam nie wystygną- oboje zaczęliśmy sięśmiac i pobiegliśmy w stronę stołówki. Po obiedzie rozpoczęła się dwu godzinna sjesta. Miałam zamiar odpocząc trochę i dowiedziec się co z moim maleństwem. Po zabraniu telefonu z mojej bordowej torby wyszłam na taras, aby wykonac telefon do Crisa. Mietek ma się dobrze, podobno za mną tęskni. Nie mogę się doczekac, aż go zobaczę. Następnie odprężyłam się imjak zwykle wsłuchałam w odgłosy przyrody,niestety nie na długo. Otworzyłam oczy ,kiedy usłyszałam głośny pisk opon. Na parcelę wjechał abstrakcyjny ogórek. Na dodatek miał przyczepę dla konia. Z auta wyskoczyła szczupła i najwyraźniej roztrzepana blondynka. Wyprowadziła z przyczepy ogiera maści kasztanowatej i krzyczała na cały głos ,, Panie kierowniku! zastępco kierownika, czy ktoś ,mi pomoże?,,. Zaciekawił mnie ta sprawa ,ale stwierdziłam ,że  nir będę się wtracac, przecież nie jestem z kadry. Mam całe dwie godziny więc postanowiłam dokładniej rozejrzec sie po okolicy. Przeszłam się do jeziora. Plaża, a raczej tgrawnik przeznaczony do wypoczynku nad wodą był nie duży.woda mnie odprża, ale ruszyłam dalej. Stawałam krok po kroku o ściółce leśnej odkryłam plac zabaw za stołówką i polankę ok 40/30 m od niej. Dochodziła
 15:00 postanowiłam wrócic. Przed domkiem na schodach siedział Louis.
- Co tutaj robisz?-spytałam usiadłszy obok niego
- Sam nie wiem.- zaśmiał się- Po prostu nie mam co robic.
- Ii dla tego siedzisz przed moim domkiem jak bezdomny?
- Nie chcę nic mówic, ale teraz siedzisz razem ze mną pod domkiem i wyglądamy jak brudni, biedni i bezdomni.- roześmiał się.
- Mów za siebię, ja nie jestem brudna.- dodałam ze śmiechem.- Dziękuję , za to, że załatwiłeś mi tu pobyt i za to, że mnie pocieszasz i rozbawiasz.- odparłam wpatrując się w odchłań jeziora.
- Nie ma sprawy, tylko na tym zyskałem.- chwilę jeszcze rozmawialiśmy, następnie weszliśmy do domku i zaczęła się... BITWA NA PODUCHY ( efekty nudy )
Usłyszałam zegar wybijający 16:00. "Pora iśc" pomyślałam. Tego popołudnia dzieciaki miały zawody kajakarskie, a pod wieczór podchody. Wróciliśmy o 22:32, sprawdziliśmy czy wszyscy uczestnicy obozu wrócili do domków i kiedy właśnie miałam ruszyc w kierunku domku, Louis zatrzymał mnie
- Spotkajmy się o 24:00 przy jeziorze- powiedział
-Po co?- dopytywałam-Zobaczysz- odpowiedział i poszedł w kierunku swojego domku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz