niedziela, 10 sierpnia 2014

Amy: "A co to, tam na drzewie?!"

Spacerowaliśmy w ciszy, Dastin zdawał się być głęboko zamyślony. Od czasu do czasu zerkał kątem oko to na mnie to na ludzi przechodzących obok nas. Zaśmiałam się. Dastin spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem i spytał.
- Co cię tak rozbawiło?
- Nic, nic, nie ważne.- odpowiedziałam dalej chichocząc
- No powiedz w końcu już zaczęłaś.- zachęcił mnie. Nagle coś zobaczyłam, puściłam jego rękę i podbiegłam w stronę najbliższego drzewa.
- Co ty robisz?- zawołał za mną, ale ja tylko wykonałam gest ręką aby podszedł do mnie. Kilka sekund później był już koło mnie. Wskazałam ręką rudą plamkę.
- Zobacz coś tam jest!
- Pewnie wiewiórka, chodźmy już.- już miał zawracać kiedy zobaczył co robię. Powoli wspinałam się na drzewo. (Tak wiem pewnie musiało to zabawnie wyglądać, ale cóż ja na to poradzę jestem ciekawska i tyle)
- Amy! Zejdź z tego drzewa! Oszalałaś!?- ujrzałam przerażenie w jego oczach, ale tylko machnęłam ręką. Nie bałam się bo w dzieciństwie wiele razy wspinałam się na drzewa. Raz nawet jako jedyna ze wszystkich moich braci... ( a no tak zapomniałam wam wspomnieć że mam czterech braci Bastien'a, Cédric'a, Hugon'a i  Lucas'a) wdrapałam się na sam szczyt najwyższego drzewa na mojej działce. Byłam coraz wyżej a ruda plamka coraz bardziej się oddalała. W reszcie kiedy byłam już bardzo blisko szczytu ujrzałam co to właściwie było. A mianowicie dwa malutkie KOTKI! Jeden rudasek z białymi odmastkami u drugi rudawo-czarny z również białymi plamkami.
- Kici kici, nie bójcie się mnie, nic wam nie zrobię. - były urocze. Po kilku minutach namawiania i przekonywania kociąt, w końcu udało mi się je złapać. Starannie włożyłam je do torby, której przez przypadek nie zdjęłam na dole. kiedy już byłam w bezpiecznej odległości od ziemi zeskoczyłam z drzewa i zgrabnie upadłam na grunt. Dastin patrzył na mnie przerażony a zarazem pełen podziwu.
- Nic ci się nie stało? Twoja biała sukienka jest cała poszarpana i brudna.- Widocznie był bardzo przejęty tym co właśnie zrobiłam.
- Nie, nic mi nie jest. Nie martw się.- odpowiedziałam i cmoknęłam go w policzek.
- A co tam właściwie było?- przypomniało mi się że u mojego boku czeka parka przerażonych kociaków, więc szybko otworzyłam torbę.
- Sam zobacz. Bawiły się i widocznie wdrapały się na drzewo.- teraz z torebki wyglądały ciekawsko dwa maluszki.
- Ty to masz zapał, i co teraz z nimi zrobisz? Może mają dom i ich właściciele się o nich martwią.
- Nie wyglądają na zadbane, a z resztą każdy kociak musi mieć czip.
- Chyba nie masz w torbie czytnika żeby to sprawdzić..- zaśmiał się pod nosem i spojrzał na kocięta. A ja w tym czasie wyciągnęłam czytnik i powiedziałam.
- Przezorny zawsze ubezpieczony.- puściłam do zdziwionego Dastina i przyłożyłam przyrząd do maluchów.
- Co ty dziewczyno masz jeszcze w tej torbie, bombę?
- Nie bomby nie mam. A co do tej dwójki nie mają czipów więc się nimi zaopiekuję.- wyszczerzyłam się i ruszyłam w stronę wyjścia z parku. Do domu wróciliśmy na piechotę i Dastin pomógł mi zająć się Romeo i Julią ( Tak nazwałam rodzeństwo, a wywnioskowałam to gdyż cały czas łaziły razem i nie pozwalały się rozłączyć).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz