wtorek, 30 grudnia 2014

Rozalia: Nowości cz.1

Spuściłam głowę w dół. Łza spłynęła powoli po moim policzku. Pozwoliłam sobie na kilka minut przemyśleń , a pielęgniarka nadal stała obok mnie. "Czy ona chce mi coś jeszcze powiedzieć? " pomyślałam, i w tym samym czasie do moich uszu doszedł dźwięk.
-Dwojga osób czeka  przed salą, wpuścić ich?- Skinęłam twierdząco głową budząc w sobie nadzieje ,a może to było szczęście? W każdym razie przez to odrobinę lepiej się poczułam. Wyblakłe zielone drzwi powoli otwierały się przy tym cicho skrzypiąc.W nich ujrzałam  smukłą sylwetkę rudej dziewczyny - Amy, a za nią Lou. Poczułam jak na mojej twarzy maluje się uśmiech. Podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam w ich stronę.
-Jak się czujesz?- Zapytał Lou ściskając mą dłoń.
-hmm... w sumie to wszystko mnie boli i sama świadomość tego jest zarazem przykra i pocieszająca ,uczucia co do tego mam mieszane, ale tak poza tym to świetnie - odparłam posyłając ironiczny uśmiech ,a zarazem parsknęłam cicho śmiechem śmiejąc się sama z siebie.
-Nadal nie mogę uwierzyć jakie to szczęście ,że tu jesteś- Amy wtuliła się w moją szyję 
- W sumie mogło być gorzej.... - zapadła chwila ciszy , ale zaraz po tym zaczęliśmy śmiać się wspominając różne rzeczy i  wymieniając się nowościami. 
-A co z kempingem? dziećmi ? wszystko w porządku?- Przypomniałam sobie
-Tak , każde jest bezpieczne i ...
-Roza! - Krzyk przerwał Louisowi, szybko skierowałam głowę do drzwi ,ale zanim zdążyłam ktoś rzucił  mi się w ramiona.- Jak ja się ciesze ,że cie widzę - teraz ujrzałam rozpromienioną twarz Crisa. Ponownie uścisnęłam go bardzo mocno. 
-Dawno się nie widzieliśmy mam ci tyle do opowiedzenia- Tak zaczęła się  długa rozmowa miedzy mną ,Amy, Lou i Crisem.

wtorek, 2 grudnia 2014

Amy: Niemożliwe...

Biegłam przy łóżku szpitalnym, pchanym przez tłum lekarzy. Trzymałam rękę Rozalii,  tak samo mocno jak Louis. Jak ja mogłam pozwolić żeby do tego doszło!? Była taka bezbronna, bezsilna wobec tego okropnego żywiołu, jakim jest ogień. Czemu, czemu to musiało trafić akurat ją, a nie mnie? Już raz dostałam szanse czeku akurat teraz nie mogłeś dać jej Rozalii?!! ( Słowa skierowane do tego na górze )
Otworzyły się drzwi na salę operacyjną.
- Przykro mi nie mogą państwo wejść.-  powiedziała machinalnie pielęgniarka po czym zamknęła drzwi centralnie przede mną. Łzy spłynęły po moich policzkach. Zaczęłam krzyczeć i walić pięściami o szkło. nie obchodziło mnie, że wszyscy się na mnie gapią jak na obłąkaną. Miałam to głęboko gdzieś. Chciałam tylko móc ujrzeć moją Rozalię. Poczułam jak silne ramiona obracają mnie w przeciwną stronę i przyciągają do reszty ciała, powodując brak możliwości jakiegokolwiek ruchu z mojej strony. To był Louis, gładził mnie po włosach starając się mnie uspokoić. Wyrwałam ręce z uścisku i bez opamiętania zaczęłam walić pięściami w chłopaka, krzycząc w jego koszulkę.
- Wyżyj się.- szepnął mi do ucha
Zrobiłam jak powiedział, po kilku minutach "wyżywania się" opadłam z sił i tylko cicho szlochałam w materiał. Niebieskooki cały czas nie przestawał głaskać moje włosy co powoli mnie uspakajało. Czekaliśmy dwie godziny, pełne bólu i płaczu. (tego drugiego tylko z mojej strony) Nękane wcześniej przeze mnie drzwi się otworzyły a w nich stanął lekarz ściągający rękawiczki.
- Operacja się udała,niestety pacjentka miała tak poparzoną nogę, że nie mieliśmy wyboru, musieliśmy amputować.- Do moich oczu zebrały się kolejne łzy, nie wiem czy ze szczęścia czy ze smutku i rozpaczy.
















A przy okazji zapraszam do mojego bloga ze zdjęciami ;)
http://swiatzzaobiektywu.blogspot.com/

wtorek, 21 października 2014

Rozalia: cud ?

Żar był coraz większy ,a ogień powoli wypalał mi skórę . "Amy, czekaj na mnie" chciałam wydusić
 ,ale siły mi na to nie pozwalały. Spojrzałam w górę, czerwony ogień spadał w moją stronę. Zostałam przygnieciona wrzącymi gałęźmi i pniem drzewa. W głowie została tylko jedna myśl "To koniec". Nie czułam już nic ....

Cierpienie, ból, tęsknota , płomienie i strach , nie mogłam dłużej tego wytrzymać. 
Ratunku!- krzyczałam - Pomocy! łzy wypryskiwały z moich oczu , aż nagle usłyszałam głuchy dźwięk. 
-Trzymajcie ją, ocknęła się - poczułam czyiś dotyk na ramionach , otworzyłam gwałtownie oczy. nade mną  stały dwie pielęgniarki ,albo lekarze ? Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Ja leżałam na łóżku ,ale nie takim jak w moim mieszkaniu , to było inne. Już wiem , szpital...
Jednak żyję , zdarzył się cud. Czas leci dalej. Jednak nie czułam się tak samo  jak kiedyś , rozejrzałam się jeszcze raz po sali , pełno chorych osób , wyblakłe ściany ,które juz dawno straciły duszę. Nadal nie rozumiałam czemu czuje się tak dziwnie. Zwróciłam głowę do pielęgniarki , która wpatrywała we mnie swoje błękitne oczy.
-Co się stało? - Zapytałam w szoku
-Niech pani położy się i odpocznie, juz wszystko jest w porządku, operacja udana -uśmiechnęła się do mnie 
-Słucham? Operacja? -nie dowierzałam w to co usłyszałam
- ma pani strasznie poparzone ciało , nogę niestety trzeba było amputować- Podniosłam się lekko w górę, chwyciłam kawałek  miękkiej kołdry i odsłoniłam powoli ją z nóg, a raczej nogi. Łza zakręciła się w mym oku, ujrzałam poparzoną lewą nogę i ... tylko polowe prawego uda.

poniedziałek, 6 października 2014

Amy: Taki mały płomyk, a może tak wiele zniszczyć

Usłyszałam ciche odgłosy, jakby wołanie.
" Szybko!!! Wychodźcie z domków!" rozległ się męski głos jak by z oddali. Do pomieszczenia wdarł się kierownik obozu, lewą ręką zasłaniał sobie usta, a drugą trzymał klamkę.
- Wstawajcie! Szybko wyjdźcie z domku!- zrzuciłam ciepłą pierzynę i wyskoczyłam z łóżka. Obok mnie stałą już Sharon a za nią gramoliła się Rozalia. Mark (tak na imię miał kierownik) wybiegł bez słowa na zewnątrz, nie czekając na nic ruszyłam za nim. Zrobiłam krok za próg, rozejrzałam się, niestety na próżno. Widoczność zasłaniała gęsta chmura dymu. Słyszałam tylko nieme krzyki dzieci i opiekunów. Przede mną mignął cień, ale ja doskonale wiedziałam kto to był.
- Rozalia!- krzyknęłam, ale zaraz tego pożałowałam bo do moich płuc dostały się opary co spowodowało że zaczęłam kaszleć. Poczułam mocny uścisk na ramieniu. Moje serce  zamarło niczym posąg.
- Amy, szybko musimy z tąd wiać!- usłyszałam głos Huga, od razu mi ulżyło.Odwróciłam się do niego, dostrzegłam sylwetkę chłopaka i naszych zwierząt. Pobiegliśmy w stronę jeziorka, do drzew poprzywiązywane były zwierzęta, aby nic im się nie stało. Mój brat przywiązał zwierzaki i odwrócił się w moją stronę. Nie pozwoliłam mu jednak nic powiedzieć:
- Co się dzieje? Czemu wszędzie jest dym?!
- W lesie wybuchł pożar, i wszystko się zapaliło.Trzeba być bardzo ostrożnym, bo te drzewa są bardzo stare i mogą się zwalić.- ale już go nie słuchałam, moje myśli krążyły wokół Rozalii, nie miałam pojęcia gdzie teraz jest i co robi. A co jeśli coś jej się stało? Bez słowa wbiegłam z powrotem w dym. "Amy! Wracaj!" usłyszałam jeszcze jak blondyn woła za mną. Wokół biegało mnóstwo ludzi, lecz oni mało mnie interesowali, pośród zabłąkanych cieni szukałam mojej przyjaciółki.
- Rozalia!- krzyczałam co chwila, mając nadzieję że jakaś postać się zatrzyma i odwróci. Dobiegłam do granicy z płonącym lasem. Usłyszałam wołanie, jak by z głębi lasu. Kobiecy głos rozchodził się echem po obozie zalanym dusząca mgłą. "Pomocy" wołała dziewczyna. Puściłam się biegiem w las, nie patrząc gdzie. Kierowałam się sercem, to ono zmusiło mnie do biegu. Odgłosy z obozy zniknęły jak bym przekroczyła jakąś granice. Wołanie wzrastało z każdą sekundą, z każdym krokiem... Płomienny żar parzył moje bose nogi, gałęzie chłostały twarz. Zauważyłam ciemną sylwetkę na tle płomieni.
- Rozalia!- moje serce zabiło szybciej. Dziewczyna obróciła się ukazując swoją osobowość. Moje przeczucia się nie myliły, w pierścieniu ognia stała przerażona Rozalia.
- Amy! Nie wiem jak się z tąd wydostać, wołam tak już dłuższy czas.- podbiegłam do przyjaciółki i objęłam w ciasnym uścisku.
- Jak się tu znalazłaś? A z resztą to jest nasz najmniejszy problem, musimy się z tąd wydostać. Poczekaj tu, zaraz wrócę.- powiedziałam szybko i oddaliłam się na parę kroków aby rozejrzeć się, czy nie widać gdzieś obozu. Usłyszałam trzask. Głuchą ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk. Odwróciłam się w stronę miejsca gdzie przed chwilą stała Roz. Na dziewczynę spadał płonący konar, zerwałam się z miejsca. Biegnąc potknęłam się o korzeń, poczułam zimny piach na twarzy. Spojrzałam w ogień, Rozalii nigdzie nie było, w miejscu w którym przed chwilą jeszcze stała leżało płonące drzewo. Nie czekając na jakikolwiek znak, rzuciłam się w tamtą stronę. Dostrzegłam zarys postaci, przygwożdżonej do ziemi. Nie zważając na żar który parzył moje dłonie wyciągnęłam brązowowłosą z pod płomieni. Łzy spłynęły po moich policzkach. Przede mną leżała nieprzytomna Rozalia, ubrania miała rozdarte, a ciało bardzo poparzone. Przyłożyłam usta do jej czoła, i wtuliłam ją w swoje ramiona.
- Nie...- szepnęłam

Płomienie


-Wstawajcie! szybko wyjdźcie z domku!- usłyszałam przez sen. Uniosłam powieki ,a mym oczom ukazał się kierownik kempingu oraz Amy i Sharon ,które szybko ewakuowały się z łóżka.
Czym prędzej wyskoczyłam spod kołdry i razem z resztą wybiegłam z domku. nic nie widziałam. Dym zasłaniał mi widocznośc , poczułam smród spalonego drewna. Próbowałam przebic się przez ciemną ścianę i znaleźc kogoś kto mógłby mi wszystko wyjaśnic. Zauważyłam płomienie i usłyszałam dźwięk syreny. Nagle poczułam czyjąs dłoń na ramieniu.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zapowiedź (początek)  kolejnego rozdziału , przepraszam ,że tak rzadko dodaje , ale zaczęła się szkoła :/

czwartek, 25 września 2014

Mądre myśli

Życie jest jak ksążka - zaczyna się i kończy,
Ty pewnie lubisz te krótkie, ale sam chciałbyś napisac jak najdłuższą,
Jest jednak pewna różnica,
Kiedy czytasz książkę chcesz od razu znac zakończenie,
W życiu nigdy nie chcesz go poznac
                                                                                                                   -Marionetka

niedziela, 21 września 2014

Rozalia: Niespodzianka

-Przestań! Stop!- krzyczałam przez śmiech ,ale to nic nie zdziałało. Louis kontynuował łaskotanie przy tym sam się śmiejąc. Po długim czasie męczarnie w końcu ustały.
-Lepiej? - zapytał z tak samo chytrym uśmieszkiem jaki dostrzegłam na jego twarzy wcześniej.
-Wiesz co? Ty to jednak jesteś głupi - powiedziawszy to wtuliłam się w niego tak ,że usłyszałam głos jego serca.
W odpowiedzi Louis dodał tylko ''Wiem''. Po chwili zza jego pleców ujrzałam dwie sylwetki ludzi prowadzących konie. Chciałam już się spytac, czy przyjechali opiekunowie na następny turnus ,ale w momencie w którym miałam otworzyc usta i wydobyc z siebie dźwięk ujrzałam Amy ,która trzymała na uwięzi wręcz złotą klacz ,oraz kogoś zupełnie nowego. ,,Wiesz kto to jest?,, szepnęłam do Louisa. On odwrócił głowę i powiedział ,,Amy , nie pamiętasz?,, Odparł choc doskonale wiedział ,że chodzi mi o blondyna. Nie zdążyłam nic dodac , ponieważ obydwoje doszli do nas.
-Cześć Rozalia, to jest mój brat o którym ci już wcześniej wspominałam- twarz Amy rozpromieniała. Widać było ,że jego wizyta bardzo ją uszczęśliwiła.
-Miło mi -przywitałam się uściskając jego dłoń. Lou również się przywitał. - to jego konie?- zapytałam po chwili. Bywam bardzo ciekawska.
- Tylko jeden, drugi jest mój -na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
-jak to?
-Podarował mi ją, nawet nie wiesz jak się cieszę!-odparła uradowana
-nie wiedziałam ,że umiesz jeździc - wstałam z hamaku
-Ja ją będę uczyc-  Hugo objął przyjacielsko Amy .
Następnie jeszcze chwilę rozmawialiśmy ,ale zaczęło robic się ciemno ,wiec razem z rudowłosą i jej bratem poszłam odprowadzic konie do stajni. Muszę przyznac , że sam fakt dostania konia z dnia na dzień jest pewnie dla niej bardo radosny ,ale dla mnie trochę dziwny. Pewnie jak na razie poza stajnią na terenie kempingu nie mają zarezerwowanej stajni ,a dochodzi do tego jeszcze chmara czasu , a poza wakacjami nie ma się go zbyt wiele. Mam nadzieję ,że ona sobie z tym poradzi. Szkoda by było oddac tak wspaniałą klacz.
                              

wtorek, 16 września 2014

Amy: Wróciłam

Leżałam pod ciepłą pierzyną z Sanbites'em i wsłuchiwałam się w bicie mojego serca. Dzisiejszy dzień był na prawdę dziwny, wliczając w to mój powrót do życia. Pamięć powoli wraca, przypominają mi się niektóre elementy takie jak zapoznanie się z Rozalią.
Przed oczami cały czas mam wizję szpitalnego pokoju i mnie leżącej na łóżku.
Zasnęłam z mętlikiem w głowie.
*Ranek*
Do moich uszu wdarł się świergot ptaków. Zerknęłam na zegarek, na ekraniku widniała godzina 7:03.
Przeciągnęłam się lekko i położyłam stopy na drewnianej podłodze. Podrapałam jeszce Sanbites'a za uchem i wstałam. Umyłam się, po czym założyłam zwiewną białą sukienkę w czarne wzorki. Włosy spięłam w luźnego koczka po czym wyszłam na boso, na zewnątrz.
Wciągnęłam duży haust powietrza tym samym rozpościerając szeroko ramiona. Słońce delikatnie muskało moją skórę. Ruszyłam w stronę migocącego w świetle dnia jeziora. Usiadłam na brzegu mocząc tym samym palce u stup. Nad błękitną taflą wody unosiła się szafirowa ważka, w powietrzu tańczyły jaskółki. Usłyszałam szelest za sobą, szybko się obróciłam. Moje serce zalała fala ciepła, przede mną stał Hugo trzymający w dłoni line na której końcu uwiązany był Zefir. ( koń Hugona )
Rzuciłam się na szyję brata i wtuliłam w jego ciepłe ramiona. Uniósł mnie i obrócił wokół własnej osi.
- J'ai raté.- szepnęłam mu na ucho.
- Ja za tobą też.- opuścił mnie na ziemie i uśmiechnął się szeroko, ujawniając przy tym swoje urocze dołeczki.
- Co tu robisz?- spytałam robiąc krok do tyłu aby lepiej przyjrzeć się bratu.
- Będę tu pracował. A w dodatku mam dla ciebie prezent.- wdrapał się na grzbiet Zefira i podał mi swoją dłoń. Wciągnął mnie na górę i ruszyliśmy w stronę lasu. Hugo nagle przyspieszył do galopu, więc musiałam złapać go w pasie. Zauważyłam tylko lekki uśmiech na jego twarzy. Po chwili ciągłego galopu zatrzymaliśmy się przed jakąś polanką, nie widziałam co na niej jest gdyż widoczność zasłoniła mi liściasta gałąź.
- Zamknij oczy- poprosił mnie- i nie podglądaj.
Posłusznie zamknęłam powieki i ruszyłam prowadzona przez Huga.
Zatrzymaliśmy się, poczułam ciepły oddech na twarzy. Otworzyłam szybko oczy i lekko odskoczyłam w tył.
Przede mną stał piękny koń Achał-Tekiński maści cramello. Rozdziawiłam szeroko buzie.
- Zamknij buzie bo ci mucha wleci i co w tedy?- Hugo zaśmiał się promiennie na co ja wykonałam polecenie.
- Piękny.- wydusiłam z siebie tylko jedno słowo.
- W końcu twój.- Wypowiedział z dumą w głosie. Obróciłam głowę w jego stronę i wypowiedziałam nieme "Co?". On tylko kiwnął głową. Moje ramiona znów wylądowały na jego szyi, ale tym razem nie z tęsknoty tylko z wyrazem podziękowania. Nie wieże, skąd on wytrzasnął TAKIEGO konia? Byłam przepełniona radością i szczęściem.

poniedziałek, 15 września 2014

Rozalia: Jeden uśmiech

Obudziłam się o 10:42. Dośc długo spałam, bo wczoraj nie mogłam  zasnąc. Dzisiejszy poranek był ciepły, słońce świeciło mocno już od samego rana. W moim domku nikogo prócz mnie nie było. Leniwie wstałam z łóżka, przeciągnęłam się i wyszłam na świeże powietrze jeszcze w piżamie ,aby się trochę rozbudzic. Następnie wzięłam szybki prysznic i ubrałam krótkie spodenki z wysokim stanem, oraz zwiewną niebieską koszulę bez rękawów. Nie chciałam siedziec w domku ,więc postanowiłam poszukac Scharon i  Amy. Pierwszą spotkałam blondynkę, która chyba się gdzieś śpieszyła.
-Gdzie biegniesz?- zapytałam podążając za nią
-Muszę nakarmic mojego konia, zapomniałam o tym - powiedziała rozdrażniona
-Masz swojego konia? Tutaj? Nic nie mówiłaś- Dodałam nadal towarzysząc jej boku.
-Wiem, chcesz mi pomóc? Może potem wybierzemy się gdzieś razem?- uśmiechnęła się do mnie
-Pewnie -odwzajemniłam uśmiech i dalej szliśmy w stronę stajenki.
Scharon dosyc szybko załatwiła sprawę , oczywiście nie obeszło się bez pieszczot i tym podobnych :3. Musiałam jednak uważac zważywszy ,że jest to ogier. Pojechaliśmy jej ,,szalonym autem,, (tak go nazywa Louis) do miasta. Urządziliśmy sobie kobiece zakupy ,ale zastanawiałam się co robi Amy? Ciekawe czy jest w ośrodku czy może gdzieś wyszła. Szczerze mówiąc trochę martwiłam się o nią. Wcześniej myślałam ,że jest z moją towarzyszką.  Z resztą , na pewno sobie poradzi. Muszę na chwilę przestac o niej myślec. Zakupy z Moją wsółlokatorką rozluźniły mnie. Przy okazji poznałam ja trochę lepiej. Jest Zabawna i szalona co mogłam już się wczesniej domyslic. W sumie prawie cały dzień mi przepadła na mieście.  Po powrocie do ośrodka spotkałam Louisa. Sharon poszła potrenowac ze swoim koniem. Przytuliłam go na powitanie i razem usiedliśmy na hamaku.
-Jak się czujesz po tym wszystkim?- zapytał czule patrząc mi w oczy.
-Niby dobrze ,ale tak naprawdę jestem cała rozsypana- odpowiedziałam zgodnie z prawdą
-Wyobrażam sobie jak musisz się czuc- dodał
-Musze z kimś o tym porozmawiac. Poradzic się , zapytac- Louis uniósł wzrok  i odparł - Może spotkasz się z Crisem, dawno się nie widzieliście- Uśmiech nie schodził mu z twarzy , najwyraźniej chciał mnie rozweselic.
-To prawda- nic więcej nie dodałam
-Ej, księżniczko rozchmurz się , chcę tu zobaczy rozpromienione oczy i twój uroczy uśmiech - Powiedział i szturchnął mnie lekko w ramię. Czułam ,że się rumienie .-Zaniemówiłaś czy co?- dodał po chwili ze śmiechem.
-Nie, po prostu nie mam ochoty mówic- mówiąc to zauważyłam ,żę na jego twarzy rysuje się przebiegły uśmieszek.
-Ach tak? Ciekawe czy będziesz miała ochotę się smiac -usłyszałam ,a Lou zaczął mnie łaskotac bezlitośnie.

                                                   

środa, 3 września 2014

Rozalia: Krótkie spostrzeżenia ...

-Jak To? Nie pamiętasz? No cóż , z czasem sobie przypomnisz ,więc nic nie będziemy zaczyna od nowa - powiedziałam i zaciągnęłam ja do auta w którym czekał na nas Louis. Byłam przepełniona szczęściem, wszystkie najgorsze sny nagle rozpłynęły się w powietrzu niczym śpiew ptaków.
-To gdzie jedziemy?- zapytał Lou uśmiechając się
-Na kemping - odparłam uradowana i cmoknęłam go w policzek.
-Przepraszam ,ale ja was kompletnie nie znam , nie mogę z wami pojechac- usłyszałam z tylnego siedzenia. Amy była najwyraźniej przejęta.
-Kochana moja , możesz , nie bój się. Jesteśmy przyjaciółkami. Pojedziesz z nami nad jezioro , tam odprężysz się i przypomnisz wszystko- uśmiechnęłam się szeroko ,a ona odwzajemniła uśmiech.Wiem ,że prędzej czy później będzie znów jak dawniej. Teraz byłam taka radosna ,że nie przejmowałam się tym czy ona  mnie pamięta, cieszyłam się ,że oddycha, chodzi i po prostu żyje. W czasie drogi Amy zadawała głupie pytania typu gdzie jesteśmy ?, czy ma zwierzaki?, czy ma rodzinę?, kiedy są jej urodziny? Co to jest kaczka? itd. Kiedy w końcu dotarliśmy ,podziękowałam Louisowi i Zaprowadziłam,, nowo narodzoną,, do domku. Tam zastałam Sharon ,która oczywiście zadawała miliony pytań. Nie denerwowało mnie to ani trochę ,przynajmniej mieliśmy temat do rozmów. Oprowadziliśmy Amy po ośrodku i  zapoznaliśmy z innymi. Dzień niestety skończył się szybko. Po ognisku wszyscy zasnęli. Tylko ja męczyłam się z wszystkimi myślami ,które atakowały mój umysł. Tyle się wydarzyło przez ten czas. Tak właściwie nie wiedziałam co o tym wszystkim myślec. Tyle zdarzeń przepełniało te dni. Staram się zachowywac jakby wszystko było w porządku ,ale tak naprawdę przerastało mnie to. Nie do końca jestem pewna co robic. Niedługo będę musiała opóścic to miejsce ,a ja wcale nie chcę zostawiac Sharon i Louisa. Jeśli już nigdy się nie zobaczę? Sama nie wiem....

                                                                                                                          
                                                                                                                                    CDN

środa, 27 sierpnia 2014

Amy: Nić niepamięci

Po niecałych dwudziestu minutach wrócił doktor już bez Gerarda.
- To nie możliwe. Testy wykazały że jest pani na prawdę Amy Santori. Jak to możliwe. Musimy panią zbadać, w końcu przeżyła pani śmierć kliniczną, a to można równać z cudem! Już poinformowałem pani bliskich, niestety pani rodzice nie mogą przyjechać, ale za to spotka się pani ze swoim bratem i przyjaciółmi!- Facet był bardzo przejęty.
- Ale ja nic nie pamiętam...
- Tak, to bardzo prawdopodobne że doznała pani amnezji.- spuściłam wzrok. Po pięciu minutach byliśmy już na salce w której zaczął mnie badać. Ale w sumie po co będę wam o tym opowiadać, więc zacznijmy od momentu kiedy powiedział mi czy jestem zdrowa co mi dolega itp.
- Moje badania wykazują, że jest pani całkowicie zdrowa pomijając fakt że doznała pani czasowej amnezji.- spojrzałam na niego lekko zdenerwowana.- Ale niech się pani nie martwi, pamięć z czasem powinna wrócić. Aha, tutaj są pani rzeczy.- wskazał na krzesło na którym leżała moja skórzana torba w odcieniu czerni, biała bluzka sięgająca do pępka z wydrukowaną srebrną Wieżą Eiffla i napisem "True Love", czarna spódniczka do kolan i czarne baletki na lekkim obcasie. Zabrałam swoje rzeczy i ruszyłam w stronę toalety żeby się przebrać, bo na sobie cały czas miałam szpitalną tunikę. Kiedy już się przebrałam, spięłam włosy w wysokiego koka i założyłam srebrną bransoletkę z kilkoma zawieszkami którą znalazłam w torbie. Dopiero co wyszłam z budynku, a już w moją stronę pędziła jakaś dziewczyna. Jej ciemne brązowe włosy powiewały na wietrze, miała na sobie czarną sukienkę z przypiętą białą kokardą na sercu, na nogach za to widniały białe baleriny. Zatrzymałam się i znieruchomiałam, nie wiedziałam co mam robić jakaś wariatka biegnie w moją stronę i zaraz mnie stratuje! I stało się, nieznajoma uwięziła mnie w BARDZO powtarzam bardzo mocnym uścisku.
- Amy, och Amy. Ja... ja myślałam że ty,- z jej oczu polał się strumień łez. Nie wiem czemu ale czułam że jej ufam.
- Nie kończ....- otarłam jej łzy.- Przepraszam, ale nie znam cię.- odsunęłam się i popatrzyłam bezradnie w oczy brunetki.
- Co? Jak to? Przecież razem mieszkamy  razem, Amy nie żartuj sobie.- nie uwierzyła mi, cofnęła się o parę kroków i zatrzepała rzęsami.
- Przykro mi ale ja nie pamiętam. Lekarz mówił mi że mam częściową amnezje, więc może po prostu zapomniałam jak się poznałyśmy.- Jej usta lekko zadrżały.
- Ale nie martw się, możemy zacząć od początku.- dodałam szybko- Jestem Amy, a ty?


Dokończy zapomniana brunetka