Usłyszałam ciche odgłosy, jakby wołanie.
" Szybko!!! Wychodźcie z domków!" rozległ się męski głos jak by z oddali. Do pomieszczenia wdarł się kierownik obozu, lewą ręką zasłaniał sobie usta, a drugą trzymał klamkę.
- Wstawajcie! Szybko wyjdźcie z domku!- zrzuciłam ciepłą pierzynę i wyskoczyłam z łóżka. Obok mnie stałą już Sharon a za nią gramoliła się Rozalia. Mark (tak na imię miał kierownik) wybiegł bez słowa na zewnątrz, nie czekając na nic ruszyłam za nim. Zrobiłam krok za próg, rozejrzałam się, niestety na próżno. Widoczność zasłaniała gęsta chmura dymu. Słyszałam tylko nieme krzyki dzieci i opiekunów. Przede mną mignął cień, ale ja doskonale wiedziałam kto to był.
- Rozalia!- krzyknęłam, ale zaraz tego pożałowałam bo do moich płuc dostały się opary co spowodowało że zaczęłam kaszleć. Poczułam mocny uścisk na ramieniu. Moje serce zamarło niczym posąg.
- Amy, szybko musimy z tąd wiać!- usłyszałam głos Huga, od razu mi ulżyło.Odwróciłam się do niego, dostrzegłam sylwetkę chłopaka i naszych zwierząt. Pobiegliśmy w stronę jeziorka, do drzew poprzywiązywane były zwierzęta, aby nic im się nie stało. Mój brat przywiązał zwierzaki i odwrócił się w moją stronę. Nie pozwoliłam mu jednak nic powiedzieć:
- Co się dzieje? Czemu wszędzie jest dym?!
- W lesie wybuchł pożar, i wszystko się zapaliło.Trzeba być bardzo ostrożnym, bo te drzewa są bardzo stare i mogą się zwalić.- ale już go nie słuchałam, moje myśli krążyły wokół Rozalii, nie miałam pojęcia gdzie teraz jest i co robi. A co jeśli coś jej się stało? Bez słowa wbiegłam z powrotem w dym. "Amy! Wracaj!" usłyszałam jeszcze jak blondyn woła za mną. Wokół biegało mnóstwo ludzi, lecz oni mało mnie interesowali, pośród zabłąkanych cieni szukałam mojej przyjaciółki.
- Rozalia!- krzyczałam co chwila, mając nadzieję że jakaś postać się zatrzyma i odwróci. Dobiegłam do granicy z płonącym lasem. Usłyszałam wołanie, jak by z głębi lasu. Kobiecy głos rozchodził się echem po obozie zalanym dusząca mgłą. "Pomocy" wołała dziewczyna. Puściłam się biegiem w las, nie patrząc gdzie. Kierowałam się sercem, to ono zmusiło mnie do biegu. Odgłosy z obozy zniknęły jak bym przekroczyła jakąś granice. Wołanie wzrastało z każdą sekundą, z każdym krokiem... Płomienny żar parzył moje bose nogi, gałęzie chłostały twarz. Zauważyłam ciemną sylwetkę na tle płomieni.
- Rozalia!- moje serce zabiło szybciej. Dziewczyna obróciła się ukazując swoją osobowość. Moje przeczucia się nie myliły, w pierścieniu ognia stała przerażona Rozalia.
- Amy! Nie wiem jak się z tąd wydostać, wołam tak już dłuższy czas.- podbiegłam do przyjaciółki i objęłam w ciasnym uścisku.
- Jak się tu znalazłaś? A z resztą to jest nasz najmniejszy problem, musimy się z tąd wydostać. Poczekaj tu, zaraz wrócę.- powiedziałam szybko i oddaliłam się na parę kroków aby rozejrzeć się, czy nie widać gdzieś obozu. Usłyszałam trzask. Głuchą ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk. Odwróciłam się w stronę miejsca gdzie przed chwilą stała Roz. Na dziewczynę spadał płonący konar, zerwałam się z miejsca. Biegnąc potknęłam się o korzeń, poczułam zimny piach na twarzy. Spojrzałam w ogień, Rozalii nigdzie nie było, w miejscu w którym przed chwilą jeszcze stała leżało płonące drzewo. Nie czekając na jakikolwiek znak, rzuciłam się w tamtą stronę. Dostrzegłam zarys postaci, przygwożdżonej do ziemi. Nie zważając na żar który parzył moje dłonie wyciągnęłam brązowowłosą z pod płomieni. Łzy spłynęły po moich policzkach. Przede mną leżała nieprzytomna Rozalia, ubrania miała rozdarte, a ciało bardzo poparzone. Przyłożyłam usta do jej czoła, i wtuliłam ją w swoje ramiona.
- Nie...- szepnęłam