wtorek, 21 października 2014

Rozalia: cud ?

Żar był coraz większy ,a ogień powoli wypalał mi skórę . "Amy, czekaj na mnie" chciałam wydusić
 ,ale siły mi na to nie pozwalały. Spojrzałam w górę, czerwony ogień spadał w moją stronę. Zostałam przygnieciona wrzącymi gałęźmi i pniem drzewa. W głowie została tylko jedna myśl "To koniec". Nie czułam już nic ....

Cierpienie, ból, tęsknota , płomienie i strach , nie mogłam dłużej tego wytrzymać. 
Ratunku!- krzyczałam - Pomocy! łzy wypryskiwały z moich oczu , aż nagle usłyszałam głuchy dźwięk. 
-Trzymajcie ją, ocknęła się - poczułam czyiś dotyk na ramionach , otworzyłam gwałtownie oczy. nade mną  stały dwie pielęgniarki ,albo lekarze ? Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Ja leżałam na łóżku ,ale nie takim jak w moim mieszkaniu , to było inne. Już wiem , szpital...
Jednak żyję , zdarzył się cud. Czas leci dalej. Jednak nie czułam się tak samo  jak kiedyś , rozejrzałam się jeszcze raz po sali , pełno chorych osób , wyblakłe ściany ,które juz dawno straciły duszę. Nadal nie rozumiałam czemu czuje się tak dziwnie. Zwróciłam głowę do pielęgniarki , która wpatrywała we mnie swoje błękitne oczy.
-Co się stało? - Zapytałam w szoku
-Niech pani położy się i odpocznie, juz wszystko jest w porządku, operacja udana -uśmiechnęła się do mnie 
-Słucham? Operacja? -nie dowierzałam w to co usłyszałam
- ma pani strasznie poparzone ciało , nogę niestety trzeba było amputować- Podniosłam się lekko w górę, chwyciłam kawałek  miękkiej kołdry i odsłoniłam powoli ją z nóg, a raczej nogi. Łza zakręciła się w mym oku, ujrzałam poparzoną lewą nogę i ... tylko polowe prawego uda.

poniedziałek, 6 października 2014

Amy: Taki mały płomyk, a może tak wiele zniszczyć

Usłyszałam ciche odgłosy, jakby wołanie.
" Szybko!!! Wychodźcie z domków!" rozległ się męski głos jak by z oddali. Do pomieszczenia wdarł się kierownik obozu, lewą ręką zasłaniał sobie usta, a drugą trzymał klamkę.
- Wstawajcie! Szybko wyjdźcie z domku!- zrzuciłam ciepłą pierzynę i wyskoczyłam z łóżka. Obok mnie stałą już Sharon a za nią gramoliła się Rozalia. Mark (tak na imię miał kierownik) wybiegł bez słowa na zewnątrz, nie czekając na nic ruszyłam za nim. Zrobiłam krok za próg, rozejrzałam się, niestety na próżno. Widoczność zasłaniała gęsta chmura dymu. Słyszałam tylko nieme krzyki dzieci i opiekunów. Przede mną mignął cień, ale ja doskonale wiedziałam kto to był.
- Rozalia!- krzyknęłam, ale zaraz tego pożałowałam bo do moich płuc dostały się opary co spowodowało że zaczęłam kaszleć. Poczułam mocny uścisk na ramieniu. Moje serce  zamarło niczym posąg.
- Amy, szybko musimy z tąd wiać!- usłyszałam głos Huga, od razu mi ulżyło.Odwróciłam się do niego, dostrzegłam sylwetkę chłopaka i naszych zwierząt. Pobiegliśmy w stronę jeziorka, do drzew poprzywiązywane były zwierzęta, aby nic im się nie stało. Mój brat przywiązał zwierzaki i odwrócił się w moją stronę. Nie pozwoliłam mu jednak nic powiedzieć:
- Co się dzieje? Czemu wszędzie jest dym?!
- W lesie wybuchł pożar, i wszystko się zapaliło.Trzeba być bardzo ostrożnym, bo te drzewa są bardzo stare i mogą się zwalić.- ale już go nie słuchałam, moje myśli krążyły wokół Rozalii, nie miałam pojęcia gdzie teraz jest i co robi. A co jeśli coś jej się stało? Bez słowa wbiegłam z powrotem w dym. "Amy! Wracaj!" usłyszałam jeszcze jak blondyn woła za mną. Wokół biegało mnóstwo ludzi, lecz oni mało mnie interesowali, pośród zabłąkanych cieni szukałam mojej przyjaciółki.
- Rozalia!- krzyczałam co chwila, mając nadzieję że jakaś postać się zatrzyma i odwróci. Dobiegłam do granicy z płonącym lasem. Usłyszałam wołanie, jak by z głębi lasu. Kobiecy głos rozchodził się echem po obozie zalanym dusząca mgłą. "Pomocy" wołała dziewczyna. Puściłam się biegiem w las, nie patrząc gdzie. Kierowałam się sercem, to ono zmusiło mnie do biegu. Odgłosy z obozy zniknęły jak bym przekroczyła jakąś granice. Wołanie wzrastało z każdą sekundą, z każdym krokiem... Płomienny żar parzył moje bose nogi, gałęzie chłostały twarz. Zauważyłam ciemną sylwetkę na tle płomieni.
- Rozalia!- moje serce zabiło szybciej. Dziewczyna obróciła się ukazując swoją osobowość. Moje przeczucia się nie myliły, w pierścieniu ognia stała przerażona Rozalia.
- Amy! Nie wiem jak się z tąd wydostać, wołam tak już dłuższy czas.- podbiegłam do przyjaciółki i objęłam w ciasnym uścisku.
- Jak się tu znalazłaś? A z resztą to jest nasz najmniejszy problem, musimy się z tąd wydostać. Poczekaj tu, zaraz wrócę.- powiedziałam szybko i oddaliłam się na parę kroków aby rozejrzeć się, czy nie widać gdzieś obozu. Usłyszałam trzask. Głuchą ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk. Odwróciłam się w stronę miejsca gdzie przed chwilą stała Roz. Na dziewczynę spadał płonący konar, zerwałam się z miejsca. Biegnąc potknęłam się o korzeń, poczułam zimny piach na twarzy. Spojrzałam w ogień, Rozalii nigdzie nie było, w miejscu w którym przed chwilą jeszcze stała leżało płonące drzewo. Nie czekając na jakikolwiek znak, rzuciłam się w tamtą stronę. Dostrzegłam zarys postaci, przygwożdżonej do ziemi. Nie zważając na żar który parzył moje dłonie wyciągnęłam brązowowłosą z pod płomieni. Łzy spłynęły po moich policzkach. Przede mną leżała nieprzytomna Rozalia, ubrania miała rozdarte, a ciało bardzo poparzone. Przyłożyłam usta do jej czoła, i wtuliłam ją w swoje ramiona.
- Nie...- szepnęłam

Płomienie


-Wstawajcie! szybko wyjdźcie z domku!- usłyszałam przez sen. Uniosłam powieki ,a mym oczom ukazał się kierownik kempingu oraz Amy i Sharon ,które szybko ewakuowały się z łóżka.
Czym prędzej wyskoczyłam spod kołdry i razem z resztą wybiegłam z domku. nic nie widziałam. Dym zasłaniał mi widocznośc , poczułam smród spalonego drewna. Próbowałam przebic się przez ciemną ścianę i znaleźc kogoś kto mógłby mi wszystko wyjaśnic. Zauważyłam płomienie i usłyszałam dźwięk syreny. Nagle poczułam czyjąs dłoń na ramieniu.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zapowiedź (początek)  kolejnego rozdziału , przepraszam ,że tak rzadko dodaje , ale zaczęła się szkoła :/