wtorek, 26 sierpnia 2014

Amy: Pozdrowienia od Śmierci...



 
Śmiech, radość, szczęście.
Pierwszy pocałunek, przeprosiny, spojrzenie które ukoi każdy smutek.
Wspólne żarty i zabawa... wszystko to przeleciało przed moimi oczami.
Każdy radosny uśmiech i łzy.
Każda kłótnia i złe chwile... wszystkie moje wspomnienia...
Ujrzałam mojego brata, był szczęśliwy, pakował bagaże do auta. Mama stała przy nim, kiedy skończył przytuliła go i powiedziała
- Pozdrów od nas Amy, Hugo.
- No jasne, zrobię jej niespodziankę.- uśmiechnął się ciepło. Teraz widziałam siebie, leżałam sztywna na łóżku w sali szpitalnej na około stało kilkoro ludzi, jeden z nich powiedział załamującym się głosem
- Straciliśmy ją.- obraz powędrował do holu, a następnie na zewnątrz. Stała tam trzęsąc się Rozalia, obok niej stał mężczyzna. Krzyczała, była pełna nienawiści i smutku. Z jej oczu płynął strumień łez... Wszystko zasnuło się mgłą, utonęło w odmętach ciemności. Przede mną stała postać w podartej czarnej szacie, nie mogłam ujrzeć twarzy bo skrywała się pod kapturem. W dłoni trzymała lśniącą kosę... to była Śmierć.
- To jeszcze nie twoja pora, masz jeszcze dużo czasu...- Mroczny Kosiarz wyciągnął zza płaszcza kościstą dłoń. Chwyciłam ją.
*
Moja stopa dotknęła zimnej posadzki. Stanęłam na nogi lecz nie na długo. Moje ciało było jak z waty. Po kilku nieudanych prób ustania na nogach, w końcu mi się udało. Nikogo nie było. Na sobie miałam białą szpitalną tunikę, włosy były rozpuszczone. Nie pamiętałam tego kim jestem ani co się stało. Przypomniał mi się chłopak imieniu Hugo którego widziałam przed... przed tym kiedy wróciłam tutaj na światło dziennego słońca, do miejsca w którym rozpoczyna się swoją historię i w  miejscu w którym kończy się długa nić którą nazywamy życiem. Tak teraz dobrze pamiętam Hugo to mój brat... spojrzałam na swoje stopy. dopiero teraz spostrzegłam że na prawym małym palcu jest przywiązana cienką nitką karteczka z napisem "Amy Santori"
" no tak przecież... umarłam
Przede mną znajdowały się schody, zaczęłam się wspinać po stopniach. Nagle drzwi się otworzyły a w nich stanął tęgi łysy mężczyzna z nosem w jakiś papierzyskach. Najwyraźniej mnie nie spostrzegł bo zaraz po tym na mnie wpadł. Zachwiałam się lekko, ale nie spadłam.
- Ojej, przepraszam! Nic się pani nie stało?- Spytał zdezorientowany i zaczął zbierać papiery które leżały stopień niżej. Pomogłam mu. 
- Nie nic się nie stało. A tak właściwie to gdzie jestem?- spytałam przyglądając się mężczyźnie.
- W kostnicy.. a no właśnie co pani tu robi?- Czułam się jak by przenikał do mojego umysłu. Jego wzrok opadł na moje stopy. Momentalnie jego oczy powiększyły do rozmiarów piłeczki golfowej, a usta rozwarły tak że mogłaby spokojnie wlecieć do nich sporych wielkości pszczoła.
- Czy.. czy.. czy pani... pani..- jąkał się jak pełnoprawny jąkała. Ale wiedziałam co miał zamiar powiedzieć. Kiwnęłam tylko głową, chwycił mnie za ramie i zaczął prowadzić w górę schodów. Kiedy wyszliśmy jeszcze bardziej umocnił swój uścisk i zaprowadził do jakiegoś gabinetu. Przy dębowym biurku siedział mężczyzna w białym fartuchu wlepiając się w monitor komputera. Podniósł  wzrok na nas i już chciał coś powiedzieć ale łysy facet go wyprzedził:
- Kojarzy pan Amy Santori?- spytał drżącym głosem
- Tak, zmarła ubiegłego wieczoru. A po co właściwie przyprowadziłeś tu tą panią?- uśmiechnął się do mnie życzliwie, ale kiedy spojrzał na mego towarzysza spoważniał.
- To jest Amy Santori. Wpadłem na nią kiedy schodziłem do kostnicy żeby przejrzeć papiery.- Lekarz za biurkiem powiedział rozbawiony.
- Dobry żart Gerardzie, ale wiesz że nie można nabijać się z umarłych.- teraz zwrócił się do mnie.- Przepraszam panią ale widocznie mojemu koledze się coś pomyliło.
- Ależ nie, ja jestem Amy Santori, obudziłam się tam na dole i, i sama nie wiem nic nie pamiętam.- Wtrąciłam.
- Nie, proszę mi tu nie kłamać, to nie możliwe.
- Proszę niech pan zbada moje DNA.- Wyciągnęłam dłoń aby mógł pobrać krew.
- No dobrze skoro pani na lega... I tak w to nie wierze, chociaż wygląda pani zupełnie tak samo.- Wytrzeszczył oczy.- Nie to nie może być prawda. Proszę usiąść. Na wszelki wypadek zbadam pani krew.- Nakuł moją rękę i wyszedł razem z Gerardem na korytarz zostawiając mnie samą. Rozejrzałam się po pokoju, pierwsze co to zauważyłam baniak z wodą, więc napełniłam nią plastikowy kubeczek i się napiłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz